Le ziawut.
Drive to remove unused code in LibreOffice
A konkretnie zawarty tam wykresik. No bo, ostatecznie, liczba znanych, nieużywanych metod spada, tak? ;-)
A na poważnie, mam trzy wnioski. Z jednej strony, to dobitnie pokazuje jak bardzo nieskoordynowane są prace nad LibreOffice i jak fatalnie słabą znajomością kodu cechują się twórcy pakietu. Z drugiej, fajnie że się za to wzięli, ale skoro wzięli się za to teraz i robią wokół tego takie halo, to znaczy że albo skończyły im się pomysły i nie wiedzą co robić dalej, albo ilość martwego kodu jest na tyle poważna, że sami nie wiedzą co jest ważne a co nie. No i z trzeciej, chociaż wolałbym się mylić, używają badziewnych linkerów. Nawet Delphi 3 z 1998 roku świetnie sobie radzi z identyfikowaniem martwego kodu. Jeżeli binarki któregoś z kolejnych wydań LO będą wyraźnie mniejsze, to ja tylko facepalmnę...
To tak gwoli komentowania slashdotowej prasówki, bo dawno tego nie robiłem.
Shit just got bloody real.
Seria Dead Space to zdecydowanie najlepsze (po Amnesii) survival horrory w jakie grałem. Co mi się w nich tak bardzo podoba? Dobra grafika, sensowny engine (kolejne poziomy, mimo że mają dość szczegółową budowę, wczytują się błyskawicznie), świetny klimat, fabuła i jeszcze lepsze udźwiękowienie, sensowne sterowanie, wyważony poziom trudności i w zasadzie ciężko mi znaleźć coś, do czego można się doczepić - nie ma nawet wybitnie idiotycznych ograniczeń, w rodzaju braku możliwości strzelania i chodzenia jednocześnie. Trzeba oszczędzać amunicję i nie dawać się bez walki, jest sporo pułapek i przykrych niespodzianek, a osoby o słabszych nerwach pewnie nie obejdą się bez pieluchy, ale o to właśnie chodzi w survival horrorach! No i najfajniejsze dla niektórych - dużo mięsa armatniego do ćwiartowania i duuużo krwi. Nazywanie tej gry jedynie "brutalną" to nieporozumienie.
Pierdyliardy blogaskowiczów przed końcem roku zabrało się za lolpodsumowania roku (który - wtedy - jeszcze się nie skończył), a ja stwierdziłem, że chromolę. Mimo wszystko rok podsumowałem sobie - mentalnie, znaczy w głowie - i tak, i uznałem, że mimo krzywienia się (jak co roku zresztą), na śledzie w śmietanie, rok był lepszy od poprzedniego. Nie wyszedł pełny release HCMa z IMAPem, ale zaczęły wychodzić daily z czymś więcej niż PoC (proof of concept) oraz PoS (proof of skills). Z ludźmi też ciężko, ale po prostu jestem wybredny i ostatnio bardzo chamski :) Jest wyższe - licencjat to już wyższe - bez poprawek i drugich podejść, są dzienne, nie udał się przedsesyjny rush w takim stopniu jaki sobie życzyłem - trzeba będzie jeszcze ciut poklikać (aczkolwiek zdaję sobie sprawę z tego że i tak mocno przeginam pałę z tym "nie udało się", skoro mam obecnie taki śmieszny komfort, że co bym teraz nie robił, to siedzę z wysoką średnią w drugim semestrze).
2011 był lepszy od 2010 w tym, że cholernie dużo dowiedziałem się o życiu. Sporo niby bezsensownej pracy zwieńczonej najpierw OMGWTFBBQ ekscesami a potem dwoma miesiącami bluzgów i patrzenia się na samice jak Hitlerowiec na Żydów, ale po pierwsze, warto było (zawsze warto ;->), a po drugie, nie byłem jedynym który (uwaga, zamierzony caps ahead) doświadczył DOKŁADNIE TO SAMO W DOKŁADNIE TYCH SAMYCH OKOLICZNOŚCIACH I W (prawie...) DOKŁADNIE TYM SAMYM ŚRODOWISKU (i żeby było już totalnie lolzowo - "koincydencja" czasowa też miała miejsce). Ale delikwent, którego de facto nie znam (a on mnie) a mimo to i tak mam na myśli (i w innym tabie Opery), choć zaszalał poważniej i zaszedł dalej, to w zasadzie w ten sposób przegrał wszystko. Dosłownie i w przenośni. A ja z całej czwórki wyszedłem jako największy beneficjent ;D
(Aczkolwiek parę walk interpersonalnych i interpoziomowych, nie mających związku z Harlequinnologią stosowaną, też miało miejsce i też się czegoś nowego dowiedziałem, a emocji przyniosło toto niewiele mniej).
Zatem, panie i panowie, tego wam życzę w nowym roku: śmiałego palenia mostów i budowania nowych (tylko po to by je za chwilę spalić :DD), palenia łodzi i ponoszenia konsekwencji swoich decyzji (byle podejmowanych na podstawie danych z zasięgu wzroku, radaru i wywiadu, a nie w afekcie choroby układu krążenia...) i jawnej dezaprobaty tego, co się dzieje dookoła i podejmowania chociażby prób zmian tego, co was irytuje, na lepsze, miast siedzenia na dupie i stękania lub wykręcania się defaultowym, wyimaginowanym brakiem czasu.
A ja sobie życzę, żeby wreszcie odpuściła mnie ta cholerna niemoc twórcza i zamroczenie entelektułalne.
Rzekłem. Spocznij. Szczęśliwego 2012-go.